TheSecondWar.pl
en
← Oś czasu

Roosevelt w Bostonie: „wasi chłopcy nie zostaną wysłani na żadną obcą wojnę”

Kategoria:
Polityka
Data:
30 października 1940
Autor:
Natalia
Tagi:
Stany Zjednoczone, Franklin Delano Roosevelt, Henry Stimson, neutralność

Wieczorem 30 października 1940 roku, sześć dni przed wyborami, prezydent Franklin Delano Roosevelt przemawiał w zatłoczonej hali Boston Garden. Mówił o flocie, lotnictwie i armii, a w pewnej chwili zwrócił się wprost do rodziców młodych mężczyzn, którzy właśnie zaczynali być powoływani do wojska: „Mówiłem to już wcześniej, ale powiem to znowu, i znowu, i znowu: wasi chłopcy nie zostaną wysłani na żadne obce wojny”. Zdanie to, wypowiedziane bez zastrzeżenia, którym prezydent zwykle opatrywał podobne zapewnienia, stało się najsłynniejszą obietnicą kampanii 1940 roku i jedną z najczęściej przytaczanych wypowiedzi Roosevelta. Padło nazajutrz po innym wydarzeniu, które unaoczniło Amerykanom, jak blisko jest wojna: 29 października w Waszyngtonie wylosowano pierwsze numery w pierwszym w dziejach kraju poborze w czasie pokoju.

Loteria w Audytorium Departamentów

Ustawa o szkoleniu i służbie z wyboru, którą Roosevelt podpisał 16 września, nie przewidywała powołania wszystkich zarejestrowanych, lecz tylko części z nich, w kolejności ustalonej losowo. 16 października w całym kraju zarejestrowało się ponad 16 milionów mężczyzn w wieku od 21 do 35 lat. Każda z około 6500 lokalnych komisji poborowych nadała swoim rejestrującym się numery porządkowe, od 1 do najwyżej 7836. Ogólnokrajowa loteria miała ustalić, w jakiej kolejności te numery będą wywoływane. Ten sam numer miał więc w każdej komisji inny człowiek, a wylosowanie jednej liczby oznaczało, że w kolejce do służby przesuwało się naraz kilka tysięcy mężczyzn w całym kraju.

Losowanie odbyło się 29 października w Audytorium Departamentów (Departmental Auditorium) przy Constitution Avenue w Waszyngtonie i było starannie wyreżyserowanym widowiskiem, transmitowanym przez radio. Nieprzezroczyste kapsułki z numerami przywieziono pod eskortą weteranów I wojny światowej i wsypano do dużej szklanej misy – tej samej, z której losowano numery poborowych w 1917 roku. Wymieszano je drewnianą łyżką wykonaną z belki pochodzącej z Independence Hall w Filadelfii. Sekretarz wojny Henry Stimson miał oczy przewiązane pasem płótna wyciętym z obicia krzesła, którego używano podczas podpisywania Deklaracji Niepodległości. Wszystko to miało podkreślić, że nowy pobór jest kontynuacją amerykańskiej tradycji obywatelskiej, a nie obcym krajowi militaryzmem.

Uroczystość otworzył Roosevelt krótkim przemówieniem radiowym. „To bardzo uroczysta ceremonia – mówił. – Nie towarzyszą jej fanfary, nie grają trąbki ani bębny. Nie powinno ich być”. Wyjaśnił słuchaczom, jak działa losowanie: tylko pierwsze dziesięć procent wylosowanych numerów, czyli około 1,64 miliona ludzi, uznawano za „wylosowanych jako pierwsi”, a w ciągu pierwszego roku do szkolenia miało trafić 800 tysięcy z nich. Ponad 95 procent zarejestrowanych nie miało więc w tym roku zostać powołanych. Prezydent odczytał fragmenty listów od przedstawicieli trzech wielkich wyznań – protestanckiej Federalnej Rady Kościołów, żydowskiej Rady Synagog Ameryki i katolickiego arcybiskupa Francisa Spellmana, ordynariusza wojskowego armii i marynarki – a do samych poborowych zwrócił się jako zwierzchnik sił zbrojnych: armia, do której wejdą, istniała zawsze tylko w jednym celu, w obronie wolności, i tylko w tym celu są wzywani.

Potem Stimson sięgnął do misy, wyjął pierwszą kapsułkę i podał ją prezydentowi. Roosevelt odczytał: 158. Według relacji prasowych na sali krzyknęła kobieta, tak głośno, że usłyszeli to słuchacze radia CBS – jej syn miał w swojej komisji właśnie ten numer. W całym kraju numer 158 miało około 6175 mężczyzn. Kolejne numery odczytywali oficerowie, a losowanie, w którym trzeba było wyjąć z misy wszystkie kapsułki, ciągnęło się wiele godzin. Ceremonia świadomie nawiązywała do 20 lipca 1917 roku, gdy ówczesny sekretarz wojny Newton Baker, również z zawiązanymi oczami, wyciągnął z tej samej misy pierwszy numer poboru do armii, która miała walczyć we Francji – 258.

Na podstawie kolejności z losowania lokalne komisje rozsyłały kwestionariusze, kategoryzowały mężczyzn i kierowały zdolnych do służby na badania. Pierwsi poborowi włożyli mundury 18 listopada 1940 roku.

Kampania o trzecią kadencję

Loteria i bostońskie przemówienie przypadły na ostatni tydzień kampanii, jakiej Ameryka jeszcze nie znała. Od czasów George’a Washingtona, który w 1796 roku odmówił ubiegania się o kolejny wybór, obowiązywała niepisana zasada, że prezydent rządzi najwyżej dwie kadencje. Roosevelt długo nie ujawniał zamiarów, a gdy w lipcu konwencja Partii Demokratycznej w Chicago nominowała go po raz trzeci, tłumaczył, że w obliczu wojny w Europie nie może odmówić służby krajowi. Zapowiedział też, że nie będzie prowadził zwykłej kampanii, bo obowiązki nie pozwalają mu opuszczać Waszyngtonu, a jeśli już wyjedzie, to na inspekcje zakładów zbrojeniowych i baz.

Jego przeciwnikiem był Wendell Willkie, prawnik i prezes wielkiego koncernu energetycznego, do niedawna demokrata, który nigdy nie piastował urzędu publicznego. Partia Republikańska wybrała go pod koniec czerwca w Filadelfii, kilka dni po kapitulacji Francji, zamiast przeciwników angażowania się w sprawy Europy, Thomasa Deweya i Roberta Tafta, właśnie dlatego, że był zwolennikiem pomocy dla Wielkiej Brytanii. Willkie nie sprzeciwiał się ani poborowi, ani samemu przekazaniu Brytyjczykom niszczycieli; krytykował tylko tryb, w jakim prezydent zawarł umowę „niszczyciele za bazy”, bez udziału Kongresu. Przez całe lato atakował więc przede wszystkim Nowy Ład – jego koszty, biurokrację i niechęć do biznesu – a także samą trzecią kadencję. „Jeśli jeden człowiek jest niezbędny, to nikt z nas nie jest wolny” – powtarzał.

Taka kampania nie dawała jednak efektów. Sondaże Instytutu Gallupa z początku października pokazywały wyraźną przewagę Roosevelta, którego notowania wzrosły po wrześniowej umowie o niszczycielach. Doradcy Willkiego, wśród nich przewodniczący republikańskiego komitetu krajowego Joseph Martin, przekonywali go, że wyborców naprawdę obchodzi tylko jedna sprawa: wojna. Willkie zmienił ton. Zaczął przedstawiać Roosevelta jako podżegacza wojennego, który potajemnie wiąże kraj zobowiązaniami wobec obcych mocarstw i wciągnie go w wojnę, sam zaś obiecywał, że jako prezydent utrzyma Amerykę z dala od niej. Prasa przypisywała mu kąśliwe zdanie, że jeśli obietnica prezydenta, iż uchroni chłopców przed obcymi wojnami, jest warta tyle, co jego obietnica zrównoważenia budżetu, to chłopcy są już niemal na pokładach transportowców. Bitwa o Anglię dobiegała końca, niemiecka inwazja na Wyspy przestała wydawać się bliska, a strach przed wciągnięciem w wojnę rósł. Ten argument trafiał do wyborców, zwłaszcza na Środkowym Zachodzie i wśród Amerykanów pochodzenia irlandzkiego, niemieckiego i włoskiego. Przewaga Roosevelta w sondażach zaczęła topnieć.

Do Willkiego dołączyli inni przeciwnicy prezydenta. 25 października przywódca związkowy John L. Lewis, szef wielkiej centrali Kongresu Organizacji Przemysłowych (CIO) i izolacjonista, wezwał w przemówieniu radiowym robotników do głosowania na Willkiego i zapowiedział, że jeśli Roosevelt wygra, ustąpi z kierownictwa CIO. Demokratyczni politycy z wielkich miast słali do Białego Domu alarmujące depesze: matki boją się wojny, prezydent musi im to wyraźnie powiedzieć. Roosevelt postanowił więc jednak ruszyć w kraj. W ostatnich dwóch tygodniach kampanii wygłosił serię wielkich przemówień, wszystkie transmitowane przez radio: 23 października w Filadelfii, 28 października w nowojorskiej Madison Square Garden, 30 października w Bostonie i 2 listopada w Cleveland.

W Filadelfii nazwał zarzut, że rząd potajemnie zawarł porozumienia z obcymi państwami, „najgorszą bombą strachu”, jaką rzucili republikanie, stanowczo mu zaprzeczył i zacytował program swojej partii: „Nie weźmiemy udziału w obcych wojnach i nie wyślemy naszej armii, marynarki ani lotnictwa do walki na obcych ziemiach poza Amerykami, chyba że w razie ataku”. W Nowym Jorku wyliczał, jak republikanie w Kongresie głosowali przeciw kolejnym ustawom o obronie i pomocy dla zagrożonych państw, i ukuł rytmiczną formułę „Martin, Barton i Fish” – od nazwisk trzech republikańskich kongresmenów, Josepha Martina, Bruce’a Bartona i izolacjonisty Hamiltona Fisha – którą odtąd tłumy na jego wiecach skandowały razem z nim.

Wieczór w Boston Garden

30 października Roosevelt objeżdżał Nową Anglię. W Hartford w Connecticut zwiedził zakłady silników lotniczych Pratt & Whitney, które w ciągu roku dziesięciokrotnie zwiększyły produkcję, a wieczorem stanął przed tłumem w bostońskiej hali. Boston, przez który przewijał się od studiów na Harvardzie w pobliskim Cambridge, nazwał w przemówieniu swoimi „starymi śmieciami”, ale było to zarazem miasto szczególnie podatne na argumenty Willkiego. Licznym w Massachusetts wyborcom pochodzenia irlandzkiego pomoc dla Wielkiej Brytanii nie kojarzyła się dobrze, a wieść o loterii z poprzedniego dnia była świeża w każdym domu, w którym mieszkał młody mężczyzna.

Przemówienie było w większości obroną dorobku administracji w sprawach obrony. Prezydent przypominał, że od 1933 roku liczba okrętów w służbie wzrosła ze 193 do 337, a stan osobowy marynarki z 106 do 210 tysięcy ludzi, że w ciągu dwóch ostatnich miesięcy kraj zyskał bazy na brytyjskich posiadłościach od Nowej Fundlandii po Amerykę Południową i że celem tego wszystkiego jest trzymanie potencjalnego napastnika jak najdalej od amerykańskich wybrzeży. Wytykał republikanom głosowania przeciw budowie pancerników i funduszom dla lotnictwa armii. Ogłosił też – „używając Bostonu zamiast Białego Domu” – że Brytyjczycy poprosili w ostatnich dniach o zgodę na zamówienie w amerykańskich zakładach kolejnych 12 tysięcy samolotów, co podniosłoby ich zamówienia do ponad 26 tysięcy maszyn, i że poprosił urzędników odpowiedzialnych za priorytety produkcji o życzliwe rozpatrzenie tej prośby. Pochwalił „bostońskiego chłopca”, ambasadora w Londynie Josepha Kennedy’ego, który dopiero co wrócił z Anglii i dzień wcześniej, mimo swego sceptycyzmu wobec szans Brytyjczyków, poparł prezydenta w przemówieniu radiowym.

Najwięcej miejsca poświęcił poborowym. Mówił, że oficerowie i żołnierze armii i Gwardii Narodowej będą trzonem, wokół którego przeszkoli się 800 tysięcy młodych ludzi wybranych w tym roku spośród niemal 17 milionów zarejestrowanych, czyli mniej niż pięć procent. Szef sztabu armii generał George Marshall miał mu powiedzieć, że szkolenie ich jest dla wojska „głębokim zaszczytem”. Najbardziej „niewybaczalnym i niepatriotycznym” fałszem kampanii nazwał twierdzenie, że powołani nie będą mieli gdzie mieszkać: do 5 stycznia, zapewniał, w kraju będą gotowe kwatery dla 930 tysięcy żołnierzy. Zapewnił matki i ojców, że każdy z ich synów będzie dobrze zakwaterowany i dobrze odżywiony. I zaraz dodał: „A skoro mówię do was, matki i ojcowie, daję wam jeszcze jedno zapewnienie. Mówiłem to już wcześniej, ale powiem to znowu, i znowu, i znowu: wasi chłopcy nie zostaną wysłani na żadne obce wojny. Idą na szkolenie, by stworzyć siłę tak potężną, że samym swoim istnieniem będzie trzymać groźbę wojny z dala od naszych brzegów. Celem naszej obrony jest obrona”.

Zabrakło w tym zdaniu słów „chyba że w razie ataku”, które tydzień wcześniej w Filadelfii prezydent zacytował z programu partii. Według wspomnień jego współpracowników przy pisaniu przemówień, Samuela Rosenmana i dramaturga Roberta Sherwooda, zastrzeżenie wypadło pod presją polityków, którzy domagali się możliwie prostego zapewnienia dla zaniepokojonych matek. Gdy zwrócono prezydentowi uwagę na brak tej formuły, miał odpowiedzieć, że nie jest potrzebna, bo wynika z samego sensu zdania: jeśli Ameryka zostanie zaatakowana, wojna przestanie być obca. Sherwood pisał po latach, że te słowa, a zwłaszcza „znowu, i znowu, i znowu”, wciąż go palą wstydem. Willkie, słuchając przemówienia przez radio, miał według relacji dziennikarzy wybuchnąć: „Ten obłudny sukinsyn! To mnie pokona!”.

Do tej myśli Roosevelt wracał do końca kampanii. 2 listopada w Cleveland, w ostatnim wielkim przemówieniu przed wyborami, tłumaczył, że on i sekretarz stanu Cordell Hull nie oddalają się od Waszyngtonu „wyłącznie w interesie pokoju”, a politykę zagraniczną swojej administracji przedstawiał jako konsekwentną służbę sprawie pokoju. Willkie zakończył kampanię tego samego dnia wiecem w Madison Square Garden. Sondaże dawały mu kilka punktów straty, ale wskazywały, że dystans się zmniejsza.

Znaczenie

5 listopada 1940 roku Roosevelt wygrał wybory jako pierwszy i jedyny prezydent, który zdobył trzecią kadencję. Uzyskał około 27,3 miliona głosów, czyli niespełna 55 procent, wobec 22,3 miliona dla Willkiego, oraz 449 głosów elektorskich wobec 82, zwyciężając w 38 z 48 stanów. Była to wygrana wyraźna, ale skromniejsza niż w 1932 i 1936 roku. Willkie, choć przegrał, nie stał się przywódcą opozycji wobec pomocy dla Wielkiej Brytanii; przeciwnie, w 1941 roku poparł Roosevelta w sporze o ustawę Lend-Lease, dzięki której Ameryka stała się „arsenałem demokracji”. Jego nominacja sprawiła, że w najgroźniejszym dla Brytyjczyków roku obie wielkie partie amerykańskie popierały pomoc dla nich, a pobór i pierwsze kroki ku wojnie nie stały się przedmiotem partyjnej walki.

Bostońska obietnica stała się jednak dla Roosevelta ciężarem. W ciągu następnego roku Stany Zjednoczone, wciąż formalnie neutralne, przejmowały kolejne zadania na Atlantyku – od eskortowania konwojów po wydany we wrześniu 1941 roku rozkaz strzelania do niemieckich okrętów podwodnych – a krytycy prezydenta przypominali mu słowa z października 1940 roku. Rozstrzygnęła sprawę Japonia: po ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku wojna przestała być „obca” dokładnie w tym sensie, w jakim tłumaczył to Roosevelt swoim doradcom, a cztery dni później wypowiedziały Ameryce wojnę Niemcy i Włochy. Synowie słuchaczy z Boston Garden, wśród nich setki tysięcy powołanych dzięki loterii z 29 października, walczyli potem w Afryce, Europie i na Pacyfiku.

Historycy do dziś spierają się, jak oceniać tę obietnicę: jako zwykłą przedwyborczą retorykę, świadome wprowadzenie wyborców w błąd przez prezydenta, który już wtedy uważał udział Ameryki w wojnie za coraz bardziej prawdopodobny, czy jako cenę, jaką musiał zapłacić, by w kraju pełnym nastrojów izolacjonistycznych utrzymać władzę i kontynuować pomoc dla Wielkiej Brytanii. Trzecia kadencja Roosevelta, a potem czwarta, wywołały też trwałą reakcję: w 1947 roku Kongres przyjął 22. poprawkę do Konstytucji, ratyfikowaną w 1951 roku, która ogranicza prezydenturę do dwóch kadencji.

W tym samym czasie

(03)

Gdzie indziej, w ciągu tygodnia.

Powiązane wydarzenia

(04)

Ta sama bitwa, ci sami ludzie lub temat.