- Kategoria:
- Działania zbrojne
- Front:
- Front zachodni
- Data:
- 13 czerwca 1944
- Autor:
- Natalia
- Tagi:
- Wielka Brytania, Luftwaffe, RAF, ludność cywilna
Nad ranem 13 czerwca 1944 roku, tydzień po lądowaniu aliantów w Normandii, z wyrzutni w północnej Francji wystartowały pierwsze bojowe pociski Fieseler Fi 103 – bezzałogowe samoloty-pociski z głowicą bojową o masie około 850 kilogramów, napędzane hałaśliwym silnikiem pulsacyjnym. Do Anglii doleciały tylko cztery. Pierwszy spadł o świcie pod Swanscombe w hrabstwie Kent, kilka minut później inny trafił w wiadukt kolejowy przy Grove Road w londyńskiej dzielnicy Bethnal Green, zabijając sześć osób. Tak zaczęła się trwająca do marca 1945 roku kampania, w której Niemcy wystrzelili na Wielką Brytanię ponad 10 tysięcy latających bomb.
Popularne kalendaria zapisują pod 13 czerwca, że Niemcy rozpoczynają atak latającymi bombami V-1 na Anglię, w oczach Hitlera rodzaj zemsty za inwazję; że Hitler wierzy w zwycięstwo Niemiec dzięki tej „tajnej broni”; i że ataki V-1 potrwają do października, gdy alianci zajmą ostatnią wyrzutnię. Pod 22 czerwca dodają, że V-1 nadal spadają na Anglię, zwłaszcza na Londyn, czasem z przerażającymi stratami. Obie informacje dotyczą jednego zjawiska. Trzeba je jednak uściślić w trzech miejscach. Pierwsza salwa z 13 czerwca była nieudana, a właściwa ofensywa ruszyła dopiero w nocy z 15 na 16 czerwca. Broń nie powstała jako odpowiedź na inwazję: Niemcy budowali ją od lat, a lądowanie w Normandii zdecydowało jedynie o pośpiesznym terminie pierwszego strzału. Wreszcie ostrzał nie skończył się w październiku: z Francji nie strzelano już od początku września 1944 roku, ale pociski odpalane z samolotów, a później z wyrzutni w Holandii, spadały na Anglię jeszcze do końca marca 1945 roku.
Latająca bomba Luftwaffe
Pocisk, który Brytyjczycy szybko nazwali buzz bomb albo doodlebug, był dziełem Luftwaffe, a nie wojsk lądowych. Konstrukcję opracowali Robert Lusser z firmy Fieseler i Fritz Gosslau z zakładów Argus, które dostarczyły silnik. Pierwszy lot bez napędu odbył się w październiku 1942 roku, z napędem – w grudniu, w ośrodku doświadczalnym lotnictwa w Peenemünde, po sąsiedzku z poligonem, na którym armia gen. Waltera Dornbergera próbowała rakietę A4. Oba programy rywalizowały o pieniądze, surowce i względy Hitlera. Rakieta, której pierwszy udany start odbył się w październiku 1942 roku, była technicznie śmielsza, ale samolot-pocisk kosztował ułamek jej ceny: według zestawień powojennych jeden V-1 wymagał około 350 roboczogodzin, a jego koszt odpowiadał kilku procentom kosztu rakiety. W lipcu 1943 roku Hitler, zachwycony filmem z prób rakiety, postawił na A4, lecz samolotu-pocisku nie zarzucono – obie bronie miały razem przynieść Rzeszy „odwet” za bombardowania niemieckich miast.
Brytyjczycy wiedzieli o tych pracach dość wcześnie. Wiosną 1943 roku dochodzenie pod kryptonimem „Bodyline” prowadził Duncan Sandys, zięć premiera Winstona Churchilla, a w sierpniu Bomber Command przeprowadziło nalot na Peenemünde – operację „Hydra”. Jesienią rozpoznanie lotnicze wykryło w departamencie Pas-de-Calais i w sąsiedniej Pikardii dziesiątki wyrzutni o charakterystycznym kształcie budynków magazynowych, przypominających leżące narty – Brytyjczycy nazwali je ski sites. Od 5 grudnia 1943 roku alianckie lotnictwo bombardowało je w ramach operacji „Crossbow”; w kolejnych miesiącach zrzuciło na nie dziesiątki tysięcy ton bomb i uszkodziło większość z mniej więcej stu wykrytych stanowisk. Niemcy odpowiedzieli zmianą metody: zamiast rozbudowanych, łatwych do wypatrzenia z powietrza obiektów zaczęli budować uproszczone, dobrze zamaskowane stanowiska, które można było przygotować w kilka dni. Te właśnie wyrzutnie zostały użyte w czerwcu 1944 roku.
Pociski miał wystrzeliwać specjalny pułk przeciwlotniczy Luftwaffe – Flakregiment 155 (W) płk. Maxa Wachtela, podporządkowany od końca 1943 roku LXV Korpusowi Armijnemu do zadań specjalnych gen. Ericha Heinemanna. Nazwa „pułk przeciwlotniczy” była kamuflażem, a sam Wachtel – według opracowań brytyjskich – występował we Francji pod przybranym nazwiskiem. Pułk dysponował czterema dywizjonami, ale produkcja seryjna pocisków na dobre ruszyła dopiero wiosną 1944 roku, a wyposażenie dotarło do jednostek w ostatnich tygodniach maja.
Nieudana pierwsza salwa
Lądowanie w Normandii zaskoczyło pułk Wachtela w trakcie przygotowań. Dowództwo naciskało, by ostrzał Londynu rozpocząć natychmiast, choć wiele stanowisk nie było jeszcze gotowych, a pociski, katapulty i paliwo docierały na miejsce w pośpiechu, po kolejach zniszczonych przez alianckie bombardowania. W nocy z 12 na 13 czerwca na stanowiskach w Pas-de-Calais gotowych do strzału było zaledwie kilka wyrzutni. Według brytyjskiego oficjalnego historyka obrony kraju, Basila Colliera, Niemcy wystrzelili wówczas dziesięć pocisków; część rozbiła się zaraz po starcie lub spadła do morza, a angielskiego wybrzeża dosięgły cztery. Inne opracowania podają nieco inne liczby – o kilka pocisków więcej lub mniej, z podziałem na noc z 12 na 13 i ranek 13 czerwca – ale wszystkie zgadzają się, że do Anglii dotarły cztery.
Pierwszy z nich spadł około godziny 4.20 na pole pod Swanscombe nad Tamizą, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Kilka minut później pocisk trafił w kolejowy wiadukt przy Grove Road w Bethnal Green na wschodzie Londynu. Wybuch zniszczył tory i kilka domów; zginęło sześć osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Pozostałe dwa pociski spadły na tereny wiejskie w hrabstwach Sussex i Kent. Obrońcy z początku nie byli pewni, z czym mają do czynienia – obserwatorzy meldowali o samolotach, które z płomieniem z tyłu kadłuba leciały prosto i nisko, a potem nagle milkły i nurkowały. Wkrótce zrozumiano, że to długo oczekiwana broń, której wyrzutnie bombardowano od grudnia.
Po tej porażce Niemcy przez dwa dni uzupełniali zapasy i naprawiali stanowiska. Prawdziwa ofensywa ruszyła w nocy z 15 na 16 czerwca: w ciągu doby wystrzelono, według Colliera, ponad 240 pocisków, z których – jak podają zestawienia brytyjskie – 144 przekroczyły linię brzegową, a 73 spadły na obszar Londynu. Od tej pory pułk Wachtela strzelał dzień i noc, w szczytowych okresach ponad sto pocisków na dobę. 16 czerwca komunikat Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu ogłosił, że południową Anglię i Londyn ostrzeliwuje się „nowymi środkami bojowymi o największej sile wybuchu”. Propaganda Josepha Goebbelsa szybko nadała nowej broni nazwę Vergeltungswaffe 1 – „broń odwetowa nr 1” – i to od niej pochodzi skrót V-1.
Kalendaryjna formuła o „zemście za inwazję” oddaje więc nastrój niemieckiej propagandy, a nie genezę broni: miała ona być odwetem przede wszystkim za alianckie bombardowania miast Rzeszy, a inwazja przyspieszyła jedynie jej użycie. Wiara Hitlera w „cudowną broń” była natomiast rzeczywista. 17 czerwca w kwaterze polowej pod Margival koło Soissons spotkał się z feldmarszałkami Gerdem von Rundstedtem i Erwinem Rommlem, którzy domagali się swobody działania w Normandii. Według relacji uczestników Hitler odrzucił ich argumenty i zapewniał, że latające bomby złamią opór Brytyjczyków. Generałowie proponowali, by pociski skierować raczej na porty na południu Anglii, z których szło zaopatrzenie dla wojsk w Normandii; Hitler upierał się przy Londynie.
Londyn pod latającymi bombami
Nominalnym celem pocisków był Tower Bridge, ale V-1 nie dało się wycelować w konkretny obiekt. Żyroskopowy autopilot utrzymywał kurs, a prosty licznik napędzany śmigiełkiem na dziobie odcinał po określonej odległości dopływ paliwa; pocisk nurkował i wybuchał tam, gdzie akurat się znalazł. Rozrzut sięgał kilkunastu kilometrów. Była to więc broń terroru wymierzona w wielkie miasto jako całość. Najwięcej trafień przypadło na południowe i południowo-wschodnie dzielnice i przedmieścia, przez które pociski nadlatywały – najciężej ucierpiał Croydon.
Londyńczycy szybko nauczyli się rozpoznawać charakterystyczny warkot silnika i bać się chwili, w której cichł: oznaczała, że pocisk za kilkanaście sekund spadnie. Ostrzał w dzień i w nocy, bez względu na pogodę, męczył bardziej niż nocne naloty Blitzu z lat 1940–1941. Do najcięższych tragedii doszło w niedzielę 18 czerwca. Podczas porannego nabożeństwa w kaplicy Gwardii (Guards Chapel) w koszarach Wellingtona, kilkaset metrów od Pałacu Buckingham, pocisk trafił w dach, który zawalił się na wiernych. Zginęło 121 osób – żołnierzy i cywilów, wśród nich oficerowie gwardii i ich rodziny – a 141 zostało rannych. Był to najtragiczniejszy pojedynczy wybuch V-1 w całej kampanii.
Spotykana w kalendariach wzmianka pod 22 czerwca – o pociskach, które wciąż spadają na Anglię, zwłaszcza na Londyn, „czasem z przerażającymi stratami” – nie odnosi się do jednego zdarzenia, lecz dobrze oddaje stan rzeczy w drugim tygodniu ofensywy. Codziennie na miasto spadały dziesiątki pocisków, niszcząc domy, szpitale i szkoły. 30 czerwca, w porze obiadowej, V-1 eksplodował w Aldwych w centrum Londynu, przed gmachem Bush House, w pobliżu biur Ministerstwa Lotnictwa; zginęło – według różnych zestawień – od 46 do 48 osób, w tym wiele młodych urzędniczek, które wyszły na przerwę. 6 lipca Churchill poinformował Izbę Gmin, że do tego dnia Niemcy wystrzelili 2754 latające bomby, które zabiły 2752 osoby.
Władze, które w pierwszych dniach starały się nie ujawniać skali ostrzału, wkrótce wróciły do metod z czasów Blitzu. Ludzie znów nocowali na stacjach metra. Na początku lipca ruszyła zorganizowana ewakuacja dzieci, matek z małymi dziećmi i osób starszych; razem z wyjazdami prywatnymi – jak szacuje się w opracowaniach brytyjskich – Londyn opuściło latem 1944 roku ponad milion ludzi. Minister bezpieczeństwa wewnętrznego Herbert Morrison odpowiedzialny za obronę cywilną, ostrzegał gabinet wojenny, że wyczerpani nieprzerwanym ostrzałem londyńczycy znoszą go gorzej niż naloty z lat 1940–1941.
Działa, myśliwce i balony
Obronę przed latającymi bombami, prowadzoną pod kryptonimem „Diver”, przygotował jeszcze zimą 1943–1944 roku marszałek lotnictwa Roderic Hill, dowódca obrony powietrznej Wielkiej Brytanii, razem z gen. Frederickiem Pile’em, dowódcą artylerii przeciwlotniczej. Plan przewidywał trzy strefy: nad morzem i nad Kentem oraz Sussexem pociski miały przechwytywać myśliwce, na wzgórzach North Downs czekał pas dział przeciwlotniczych, a na przedpolu Londynu – zapora balonowa. V-1 był jednak trudnym celem. Leciał na wysokości kilkuset metrów z prędkością około 550–600 kilometrów na godzinę, za szybko dla większości myśliwców i za nisko dla ciężkich dział, których obsługi nie nadążały z obracaniem luf.
Do pościgów nadawały się tylko najszybsze maszyny: Hawker Tempest, najnowsze wersje Spitfire’a z silnikiem Griffon, myśliwce Mustang III, a w nocy Mosquito. Pierwszy pocisk zestrzeliła załoga Mosquito w nocy z 14 na 15 czerwca. Piloci nauczyli się też strącać V-1 bez strzelania – podsuwali skrzydło pod skrzydło pocisku i przechylali go, aż żyroskop tracił równowagę. Od lipca do pościgów weszły pierwsze brytyjskie odrzutowce Gloster Meteor. Wśród jednostek obrony znalazły się polskie dywizjony myśliwskie 306, 315 i 316, latające na Mustangach; według historii jednostki sam Dywizjon 315 zestrzelił 53 pociski, a według polskich zestawień wszystkie polskie dywizjony – blisko 190.
Działa przeciwlotnicze zaczęły odnosić sukcesy dopiero po zmianie ich rozmieszczenia. W połowie lipca Hill i Pile przenieśli ponad tysiąc dział z North Downs na wybrzeże, gdzie mogły strzelać nad morzem, nie narażając mieszkańców na odłamki ani na spadające pociski, a myśliwce dostały strefę pościgu nad lądem. Nowe amerykańskie radary naprowadzania ogniowego i pociski z zapalnikiem zbliżeniowym sprawiły, że pod koniec sierpnia artyleria niszczyła już większość pocisków, które wleciały w jej zasięg. Zapora balonowa na południe od Londynu rozrosła się z czasem do ponad tysiąca balonów. Według zestawień brytyjskich spośród około 7500 pocisków dostrzeżonych przez obronę myśliwce zniszczyły 1847, artyleria 1878, a balony 232.
Podwójni agenci i punkt celowania
Obrona miała jeszcze jedną, niewidoczną broń. Niemcy prosili swoich agentów w Wielkiej Brytanii o meldunki, gdzie spadają pociski. Wszyscy ci agenci byli od dawna pod kontrolą brytyjskiego kontrwywiadu i Komitetu Dwudziestu, który niedawno, w operacji „Fortitude”, wprowadzał Niemców w błąd co do miejsca inwazji. Najważniejszymi byli Hiszpan Juan Pujol („Garbo”) i polski oficer lotnictwa Roman Czerniawski („Brutus”). Po krótkim sporze w rządzie postanowiono, że będą meldować prawdziwe trafienia, ale dobrane tak, by sugerowały, że pociski przelatują nad centrum i spadają w północno-zachodnich dzielnicach. Niemcy, chcąc to skorygować, mieli skracać zasięg, przesuwając punkty upadku na słabiej zaludnione południowe przedmieścia i hrabstwo Kent. Decyzja była moralnie trudna – oznaczała w praktyce skierowanie zniszczeń na jedne dzielnice kosztem innych – i gabinet wojenny długo się wahał. Ostatecznie wprowadzono ją w życie.
Wachtel dysponował też danymi z nadajników radiowych zamontowanych w części pocisków, które pokazywały, że V-1 spadają raczej za blisko. Według brytyjskich opracowań historii wywiadu zaufał jednak agentom i nie poprawił celowania na tyle, na ile powinien. Skuteczność tego oszustwa jest sporna: jedni historycy uważają, że uchroniło ono centrum Londynu przed wieloma trafieniami, inni zwracają uwagę, że rozrzut pocisków i tak był ogromny.
Do października – i dłużej
Ofensywa V-1 zmusiła aliantów do przesunięcia sił. W drugiej połowie czerwca naczelny dowódca sił alianckich, gen. Dwight Eisenhower, nadał uderzeniom na wyrzutnie i magazyny pocisków pierwszeństwo przed wszystkimi innymi celami poza pilnymi potrzebami bitwy w Normandii. Przez całe lato setki bombowców, które mogły atakować niemieckie fabryki paliw syntetycznych czy wspierać wojska na froncie, latały nad Pas-de-Calais. Dowódcy lotnictwa strategicznego, z gen. Carlem Spaatzem na czele, uważali to za kosztowne odciąganie sił od zasadniczego zadania, a małe i dobrze ukryte stanowiska okazały się trudnym celem. Ostrzał ustał nie dzięki bombom, lecz dzięki wojskom lądowym, które po wyjściu z Normandii w sierpniu 1944 roku ruszyły na północ.
Ostatni dywizjon pułku Wachtela opuścił stanowiska we Francji pod koniec sierpnia, a z początkiem września wybrzeże Pas-de-Calais znalazło się w rękach aliantów. Często powtarzana informacja, wedle której ataki trwały do października, gdy alianci zajęli ostatnią wyrzutnię, nie jest więc ścisła w żadną stronę. Ostrzał z ziemi z Francji skończył się wcześniej, na przełomie sierpnia i września. Zarazem ostrzał Anglii trwał znacznie dłużej: od lipca 1944 do stycznia 1945 roku bombowce Heinkel He 111 Luftwaffe odpaliły znad Morza Północnego około 1200 pocisków, a w marcu 1945 roku Niemcy strzelali jeszcze z wyrzutni w Holandii pociskami o zwiększonym zasięgu. Ostatni V-1 spadł na Anglię pod koniec marca 1945 roku. Od października 1944 roku główną ofiarą latających bomb stały się jednak Antwerpia i Bruksela – porty i węzły zaopatrzenia aliantów.
Miejsce w wojnie
Według brytyjskich danych oficjalnych Niemcy wystrzelili na Wielką Brytanię ponad 10 tysięcy pocisków V-1. Około 2400 spadło na obszar obrony cywilnej Londynu. Według zestawień brytyjskich latające bomby zabiły łącznie 6184 osoby i ciężko raniły niemal 18 tysięcy – w zdecydowanej większości w Londynie. Zniszczyły lub uszkodziły ponad milion domów. Była to ostatnia wielka próba złamania brytyjskiego społeczeństwa z powietrza i – podobnie jak Blitz – zakończyła się niepowodzeniem. Nadzieje Hitlera, że „broń odwetowa” zmusi Brytyjczyków do ustępstw albo odwróci losy wojny na zachodzie, okazały się złudne: V-1 nie wpłynął na przebieg walk w Normandii, a jego głównymi ofiarami byli cywile.
Latająca bomba miała jednak znaczenie, które wykraczało poza rok 1944. Była pierwszym na dużą skalę użytym pociskiem manewrującym – tanim, produkowanym masowo, wystrzeliwanym z ukrytych wyrzutni – i zapowiadała uzbrojenie drugiej połowy XX wieku. W jej produkcji, podobnie jak w produkcji rakiety A4, którą Hitler zamówił w ilości 12 tysięcy sztuk, wykorzystywano pracę przymusową więźniów obozów koncentracyjnych, między innymi w podziemnych zakładach Mittelwerk. Kilka miesięcy po pierwszych V-1, 8 września 1944 roku, na Londyn spadły pierwsze rakiety V-2, przeciw którym nie było już żadnej obrony. Latem 1944 roku Londyn żył jednak przede wszystkim pod warkotem latających bomb, a obraz pocisku, którego silnik nagle milknie nad dachami, stał się jednym z najtrwalszych wspomnień brytyjskiego frontu wewnętrznego.
Źródła
W tym samym czasie
(04)Gdzie indziej, w ciągu tygodnia.
- 10 czerwca 1944 · BałkanyMasakra w Distomo10 czerwca 1944 żołnierze 4 Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Polizei” zamordowali w greckiej wsi Distomo 218 mieszkańców i spalili wieś.
- 9 czerwca 1944 · SkandynawiaOfensywa radziecka na Przesmyku Karelskim9 czerwca 1944 Front Leningradzki rozpoczął ogniem i nalotami ofensywę przeciw Finlandii. Dzień później piechota przełamała fińską linię pod Valkeasaari.
- 17 czerwca 1944 · Morze ŚródziemneLądowanie na Elbie17 czerwca 1944 wojska francuskie z Korsyki wylądowały na Elbie (operacja „Brassard”). 19 czerwca wyspa była w rękach aliantów.
- 19 czerwca 1944 · PacyfikBitwa na Morzu Filipińskim19–20 czerwca 1944 roku amerykańska TF 58 rozbiła na zachód od Marianów lotnictwo floty Ozawy. Japonia straciła trzy lotniskowce i kilkaset samolotów.
Powiązane wydarzenia
(04)Ta sama bitwa, ci sami ludzie lub temat.
- 21 maja 1944 · Front zachodniPolowanie na lokomotywy21 maja 1944 setki alianckich myśliwców zaatakowały pociągi we Francji, Belgii i w Niemczech. Przed inwazją lotnictwo niszczyło też mosty na Sekwanie.
- 6 maja 1944 · Front zachodniBombardowania przed inwazjąNa początku maja 1944 alianckie lotnictwo biło dzień i noc w koleje, mosty, baterie i radary we Francji i Belgii, przygotowując grunt pod lądowanie w Normandii.
- 6 czerwca 1944 · Front zachodniD-Day: lądowanie w Normandii6 czerwca 1944 około 156 tysięcy żołnierzy alianckich wylądowało z morza i powietrza w Normandii. Pięć przyczółków zdobyto, ale Caen pozostało w rękach Niemców.
- 5 czerwca 1944 · Front zachodniNoc przed inwazjąW nocy z 5 na 6 czerwca 1944 ponad tysiąc bombowców RAF uderzyło na baterie nad Zatoką Sekwany, a trzy dywizje powietrznodesantowe skoczyły w Normandii.