TheSecondWar.pl
en
← Oś czasu

Pierwszy amerykański nalot na Niemcy

Kategoria:
Działania zbrojne
Front:
Front zachodni
Data:
27 stycznia 1943
Autor:
Łukasz
Tagi:
Stany Zjednoczone, III Rzesza, Luftwaffe, U-Booty

27 stycznia 1943 roku amerykańskie ciężkie bombowce po raz pierwszy zrzuciły bomby na terytorium samej Rzeszy. Z lotnisk we wschodniej Anglii wystartowało 91 maszyn 8 Armii Lotniczej: 64 Boeingi B-17 Flying Fortress i 27 Consolidated B-24 Liberator. Celem były stocznie okrętów podwodnych w Wilhelmshaven, głównej bazie Kriegsmarine nad Morzem Północnym. Nad port dotarły i zbombardowały go 53 bombowce. Trzy samoloty nie wróciły. Rezultaty były skromne, ale po pięciu miesiącach działań nad Francją, Belgią i Holandią Amerykanie przenieśli wojnę powietrzną nad same Niemcy.

W wielu kalendariach mowa o „50 bombowcach”. Liczba ta odpowiada w przybliżeniu maszynom, które rzeczywiście zbombardowały Wilhelmshaven. Według oficjalnej historii lotnictwa armii amerykańskiej było ich 53, inne opracowania podają 55 lub 58. Wysłano jednak 91 samolotów; część zawróciła lub nie odnalazła celu.

Pięć miesięcy nad okupowaną Europą

Amerykańskie dowództwo bombowe w Anglii budowało swoje siły od lutego 1942 roku. 17 sierpnia 1942 roku dwanaście B-17 zaatakowało węzeł kolejowy pod Rouen i był to początek dziennych nalotów ciężkich bombowców. Przez kolejne miesiące 8 Armia Lotnicza atakowała cele we Francji i w Niderlandach: stacje kolejowe, lotniska, zakłady przemysłowe, a od jesieni przede wszystkim bazy U-Bootów na wybrzeżu Atlantyku, w Lorient, Saint-Nazaire, Breście i La Pallice. Te ostatnie naloty przynosiły rozczarowanie. Betonowe schrony okrętów podwodnych okazały się odporne na bomby, a straty wśród załóg rosły.

Do tego doszło osłabienie sił. Jesienią 1942 roku wiele grup bombowych i myśliwskich oraz, pod koniec roku, dowódcę 8 Armii Lotniczej, gen. Carla Spaatza, skierowano do Afryki Północnej, by wspierały desant w Maroku i Algierii. 1 grudnia 1942 roku dowództwo 8 Armii Lotniczej objął gen. Ira Eaker, dotychczasowy szef jej dowództwa bombowego. Zimą miał do dyspozycji zaledwie kilka grup ciężkich bombowców. Rzadko mógł jednocześnie wysłać nad cel więcej niż sto maszyn.

Najpoważniejszym problemem było jednak to, że Brytyjczycy nie wierzyli w powodzenie amerykańskiej metody. RAF zaczynał wojnę od nalotów dziennych i szybko z nich zrezygnował po klęsce Wellingtonów nad Zatoką Helgolandzką w grudniu 1939 roku. Bombowce szły wtedy właśnie na Wilhelmshaven. Od tamtej pory Bomber Command latało nocą, a od 1942 roku, pod dowództwem Arthura Harrisa, bombardowało obszarowo całe miasta. Amerykanie byli przekonani, że silnie uzbrojone bombowce w zwartym szyku obronią się same przed myśliwcami, a dzięki celownikowi Nordena trafią za dnia w konkretny zakład, a nie tylko w dzielnicę. Jesienią 1942 roku Brytyjczycy otwarcie namawiali Waszyngton, by porzucił naloty dzienne i włączył się do nocnej ofensywy. Spór o nalot dzienny i nocny trwał do początku 1943 roku. Eaker wiedział, że najlepszym argumentem byłby udany nalot na Niemcy.

Poparcie z Casablanki

Sprawa rozstrzygnęła się w Maroku. Na konferencji w Casablance Winston Churchill zamierzał przekonać Franklina Delano Roosevelta, by amerykańskie bombowce przeszły na działania nocne. Gen. Henry H. Arnold, dowódca lotnictwa armii amerykańskiej, ściągnął z Anglii Eakera. 20 stycznia Eaker spotkał się z premierem i wręczył mu jednostronicowe memorandum. Dowodził w nim, że oba sposoby bombardowania wzajemnie się uzupełniają: jeśli RAF będzie bombardował nocą, a Amerykanie za dnia, Niemcy będą bombardowani przez całą dobę i nie zaznają wytchnienia. Churchillowi spodobało się sformułowanie o nalotach „przez całą dobę” (round the clock). Wycofał sprzeciw, a w swoich wspomnieniach przyznał, że postanowił dać amerykańskiej metodzie szansę.

21 stycznia Połączone Szefostwo Sztabów przyjęło dyrektywę dla obu lotnictw bombowych w Wielkiej Brytanii. Ich zadaniem miało być stopniowe niszczenie i dezorganizowanie niemieckiego systemu wojskowego, przemysłowego i gospodarczego oraz podkopywanie morale Niemców aż do chwili, gdy ich zdolność do zbrojnego oporu zostanie śmiertelnie osłabiona. Na pierwszym miejscu listy celów postawiono stocznie budujące okręty podwodne, co było odpowiedzią na kryzys w bitwie o Atlantyk. Dalej wymieniono przemysł lotniczy, transport, rafinerie i inne gałęzie przemysłu wojennego. Dyrektywa nakazywała też, by naloty dzienne koncentrowały się w miarę możliwości na celach w samej Rzeszy. Wybór Wilhelmshaven, ośrodka budowy i remontów okrętów wojennych, w tym U-Bootów, odpowiadał jej literze.

Brytyjczycy nie porzucili przy tym własnej ofensywy nocnej. W tym samym miesiącu Bomber Command wróciło nad Berlin po ponad rocznej przerwie.

Nalot

Rankiem 27 stycznia wystartowały dwa zespoły. B-17 1 Skrzydła Bombowego, dowodzonego przez gen. bryg. Haywooda Hansella, jednego z twórców amerykańskiej doktryny bombardowań precyzyjnych, pochodziły z czterech grup: 91, 303, 305 i 306. Liberatory należały do 2 Skrzydła Bombowego. Na czele całej wyprawy leciała 306 Grupa Bombowa z lotniska Thurleigh. Prowadził ją płk Frank A. Armstrong, ten sam, który w sierpniu poprowadził wyprawę na Rouen. Eaker przysłał go do 306 Grupy na początku stycznia, by podniósł jej wyszkolenie i morale. Bombowce leciały bez eskorty myśliwców, bo żaden aliancki myśliwiec nie miał wówczas zasięgu pozwalającego towarzyszyć im nad Niemcy.

Pogoda nad północnymi Niemcami była niepewna, z chmurami i mgłą. B-17 przeleciały nad Wyspami Wschodniofryzyjskimi i zbombardowały port oraz tereny stoczniowe w Wilhelmshaven. Pojedyncze maszyny zrzuciły ładunki na inne cele, według amerykańskich zestawień m.in. na Emden. Liberatory miały mniej szczęścia. Po przekroczeniu wybrzeża zgubiły drogę, krążyły nad Holandią i w ogóle nie odnalazły celu.

Niemiecka obrona przeciwlotnicza zawiodła. Ogień artylerii był niemal ciągły nad Wyspami Fryzyjskimi i nad Niemcami, ale niecelny. Brytyjski obserwator, który leciał w jednym z B-17, nazwał zaporę nad Wilhelmshaven „żałosną”. Amerykanie byli tym zaskoczeni, bo wiedzieli, ile dział strzeże bazy. Groźniejsze okazały się myśliwce. Do walki weszło według amerykańskich szacunków ponad sto maszyn, w tym Messerschmitty Bf 109 z lotniska w Jever, leżącego niemal dokładnie pod trasą przelotu, oraz Focke-Wulfy Fw 190. Niemieccy piloci po raz pierwszy mierzyli się z amerykańskimi ciężkimi bombowcami w zwartym szyku i nie potrafili ich skutecznie atakować. Zestrzelili jednego B-17. Nad Holandią, w rejonie wyspy Terschelling, dopadli błądzące Liberatory i strącili dwa, jeden z nich w zderzeniu z myśliwcem, w którym zginęli i niemiecki pilot, i cała amerykańska załoga.

Wyniki i deklaracje

Strzelcy pokładowi zgłosili po powrocie 22 niemieckie myśliwce zestrzelone, 14 prawdopodobnie zestrzelonych i 13 uszkodzonych. Były to liczby wielokrotnie zawyżone, co zdarzało się nagminnie, gdy do tej samej maszyny strzelało jednocześnie kilkunastu strzelców z różnych bombowców. Oficjalna historia amerykańskiego lotnictwa, opierając się na danych brytyjskiego Ministerstwa Lotnictwa, przyjmuje, że Niemcy stracili około siedmiu myśliwców. Według zestawień opartych na dokumentach niemieckich straty obu stron wyniosły sześć samolotów niemieckich i trzy amerykańskie. Nawet w tej skromniejszej wersji bilans wypadł na korzyść bombowców.

Szkody w Wilhelmshaven były ograniczone. Zachmurzenie i brak doświadczenia załóg sprawiły, że bomby rozrzuciły się po porcie i jego okolicach, a produkcja stoczni nie została poważnie zakłócona. Amerykańskie dowództwo i prasa przedstawiły jednak wyprawę jako sukces. Pierwsze bomby spadły na Niemcy w biały dzień, przy niewielkich stratach, a amerykańska metoda zdała pierwszy egzamin nad samą Rzeszą. Oficjalna historia oceniła później, że nie była to szczególnie dobrze wykonana misja, ale była bardzo pouczająca. Stosunkowo niewielki zespół z niedoświadczonymi załogami wtargnął za dnia, bez eskorty, w głąb terytorium nieprzyjaciela i nie poniósł zaporowych strat. W Wielkiej Brytanii, gdzie wiele osób wątpiło w amerykańskie bombowce, wiadomość przyjęto z ulgą.

Reporterzy znali przebieg wyprawy z relacji załóg. Grupę amerykańskich korespondentów wojennych, która miała latać na misje bojowe na pokładach bombowców, dopiero wtedy szkolono.

Miejsce w wojnie

Wilhelmshaven otworzyło nowy etap wojny powietrznej. Już w następnych tygodniach Niemcy wyciągnęli wnioski. 4 lutego nad Emden bombowce napotkały znacznie silniejszy opór, po raz pierwszy także ciężkie myśliwce dwusilnikowe. 26 lutego 8 Armia Lotnicza wróciła nad Wilhelmshaven. Na pokładach poleciało wtedy sześciu korespondentów wojennych, wśród nich Walter Cronkite. Jeden z nich, Robert Post z „New York Timesa”, zginął w zestrzelonym Liberatorze. Myśliwce Luftwaffe atakowały coraz skuteczniej, zwłaszcza od czoła, gdzie B-17 były najsłabiej uzbrojone.

W czerwcu 1943 roku dyrektywa „Pointblank” uczyniła niszczenie niemieckiego lotnictwa myśliwskiego warunkiem całej ofensywy bombowej. Głębokie naloty bez eskorty zakończyły się dramatem: 17 sierpnia nad Schweinfurtem i Ratyzboną oraz 14 października ponownie nad Schweinfurtem 8 Armia Lotnicza straciła po sześćdziesiąt bombowców. Dzienne bombardowania wznowiono na dużą skalę dopiero wtedy, gdy pojawiły się myśliwce dalekiego zasięgu, przede wszystkim P-51 Mustang. Na początku 1944 roku amerykańskie i brytyjskie bombowce rzeczywiście atakowały Niemcy przez całą dobę, jak zapowiadał Eaker w Casablance. Ofensywa ta spustoszyła niemieckie miasta i przemysł, a w walce z eskortowanymi bombowcami Luftwaffe straciła większość doświadczonych pilotów myśliwskich. Pierwszy krok zrobiły 53 bombowce nad Wilhelmshaven.

Źródła

  1. navytimes.com · today in history the eighth air force hits wilhelmshaven in 1943

W tym samym czasie

(04)

Gdzie indziej, w ciągu tygodnia.

Powiązane wydarzenia

(04)

Ta sama bitwa, ci sami ludzie lub temat.