TheSecondWar.pl
en
← Oś czasu

Kluczowe wydarzenie

Nalot na Bari

Kategoria:
Działania zbrojne
Front:
Morze Śródziemne
Data:
2 grudnia 1943
Autor:
Natalia
Tagi:
Włochy, Luftwaffe, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania
Płonące okręty w porcie w Bari po niemieckim nalocie na aliancką flotę.
Płonące okręty w porcie w Bari po niemieckim nalocie na aliancką flotę.Autor: Unknown photographer · Public domain · Wikimedia Commons

Wieczorem 2 grudnia 1943 roku nad port w Bari nadleciało ponad sto niemieckich bombowców. W niespełna godzinę zamieniły najważniejszą bazę zaopatrzeniową aliantów na wschodnim wybrzeżu Włoch w morze płonącej ropy. Na dno poszło kilkanaście statków – według różnych zestawień od 17 do 28 – a wybuchy wybijały szyby ponad dziesięć kilometrów od nabrzeży. Wśród zniszczonych jednostek był amerykański statek SS „John Harvey”, który w ładowniach wiózł w tajemnicy około 2000 bomb lotniczych z iperytem. Trujący środek rozlał się po wodzie i uniósł z dymem nad port i miasto. Setki rozbitków, dokerów i mieszkańców zatruły się, nie wiedząc czym, a lekarze przez kilka dni leczyli ich na ślepo, bo dowództwo nie chciało przyznać, że alianci przywieźli do Włoch broń chemiczną.

Prasa amerykańska nazwała nalot najgroźniejszym atakiem z zaskoczenia od czasu Pearl Harbor, a w literaturze przyjęło się określenie „mały Pearl Harbor”. Był to jeden z najskuteczniejszych nalotów Luftwaffe w całej wojnie, a zarazem – jak pisał amerykański autor Glenn B. Infield – najpoważniejszy wypadek z bronią chemiczną w tej wojnie: ludzie ginęli od gazu, choć nikt go nie użył.

Port, którego nikt nie bronił

Bari, największy port włoskiego wybrzeża Adriatyku, liczył około 250 tysięcy mieszkańców. Brytyjczycy weszli do niego 11 września 1943 roku bez walki – kilka dni po ogłoszeniu włoskiej kapitulacji. Od tej pory przez nabrzeża Bari płynęło zaopatrzenie dla 8 Armii gen. Bernarda Montgomery’ego, a także dla lotnisk wokół Foggii, na których rozmieszczano amerykańskie ciężkie bombowce. Druga wielka baza aliantów we Włoszech, Neapol, zajęty 1 października, dopiero wracał do życia po niemieckich zniszczeniach.

Na przełomie listopada i grudnia port pracował pełną parą. Jesienne ulewy zatrzymały wprawdzie aliantów przed niemieckimi pozycjami w środkowych Włoszech, ale 8 Armia, która w drugiej połowie listopada uchwyciła przyczółek za Sangro, szykowała natarcie na wschodni skraj linii Bernhardta i potrzebowała amunicji, paliwa i sprzętu. Wieczorem 2 grudnia w basenie portowym stało około 30 statków handlowych – amerykańskich, brytyjskich, polskich, norweskich i holenderskich – a obok nich włoskie jednostki cywilne. Żeby przyspieszyć wyładunek, nabrzeża oświetlono jak w czasie pokoju, a statki cumowały burta w burtę.

Obrona przeciwlotnicza Bari była słaba. W pobliżu nie stacjonował żaden dywizjon myśliwski przeznaczony do osłony portu – myśliwce w zasięgu miały inne zadania – a artyleria przeciwlotnicza i radary nie były przygotowane na zmasowany atak. Dowództwo alianckie uważało, że Luftwaffe we Włoszech jest zbyt słaba, by zagrozić portom na tyłach frontu, choć w listopadzie niemieckie bombowce cztery razy atakowały Neapol. Tego samego popołudnia marszałek lotnictwa sir Arthur Coningham, dowódca alianckiego taktycznego lotnictwa w basenie Morza Śródziemnego, zapewniał na konferencji prasowej, że Niemcy przegrali wojnę w powietrzu. Według relacji dziennikarzy dodał, że za osobistą zniewagę uznałby pojawienie się nad miastem choćby jednego niemieckiego samolotu.

Decyzja Richthofena

Po południu 2 grudnia niemiecki pilot Werner Hahn przeleciał nad Bari rozpoznawczym Messerschmittem Me 210 i zameldował, że port jest pełen statków. Raport trafił do feldmarszałka Wolframa von Richthofena, dowódcy 2 Floty Powietrznej (Luftflotte 2), odpowiedzialnej za działania lotnictwa we Włoszech. Richthofen – w 1937 roku szef sztabu Legionu Condor w czasie bombardowania Guerniki – od dawna szukał celu, w który mógłby uderzyć skromnymi siłami. Naczelny dowódca wojsk niemieckich we Włoszech feldmarszałek Albert Kesselring myślał wcześniej o ataku na lotniska pod Foggią, ale Luftwaffe nie miała dość samolotów, by sparaliżować tyle dobrze bronionych baz naraz. Richthofen podsunął zamiast nich Bari: zniszczenie portu mogło spowolnić 8 Armię, a zatłoczony basen portowy był celem, w który trudno było nie trafić.

Kesselring zgodził się. Richthofen miał do dyspozycji praktycznie tylko bombowce Junkers Ju 88 w wersji A-4. Liczył na 150 maszyn, zebrał 105 – część z pułku bombowego KG 54 – głównie z lotnisk we Włoszech, a kilka z Jugosławii, by zmylić aliantów co do kierunku, z którego przyszło uderzenie. Według części opracowań nad cel dotarło 96 z nich. Bombowce poleciały najpierw na wschód, nad Adriatyk, a potem zawróciły na południe i zachód, by nadlecieć od strony morza, skąd obrońcy nie spodziewali się ataku.

Wieczór 2 grudnia

Nalot zaczął się około 19.25. Pierwsze samoloty krążyły nad portem na wysokości około 3000 metrów i zrzucały paski folii aluminiowej (Niemcy nazywali je Düppel), które oślepiały alianckie radary, oraz flary – zupełnie zbędne, bo nabrzeża i tak były rzęsiście oświetlone. Potem nadleciały główne siły. Ju 88 bombardowały z małej wysokości i z dużą dokładnością. Trafienia w dwa statki z amunicją wywołały potężne eksplozje. Bomba przecięła rurociąg paliwowy na nabrzeżu i wypływająca benzyna zapaliła się; płonąca warstwa rozlała się po basenie i ogarnęła statki, których bomby nie dosięgły. Statki stojące burta w burtę zapalały się od siebie nawzajem.

Bombardowanie trwało krótko – według większości relacji od dwudziestu minut do pół godziny, choć niektóre opracowania mówią o nieco ponad godzinie – ale pożary i wybuchy amunicji trwały przez całą noc. Odwołanie alarmu ogłoszono dopiero około 23.00. Niemcy stracili najwyżej jeden lub dwa samoloty. Amerykański marynarz Warren Brandenstein wspominał, że cały port stał w ogniu, płonęła powierzchnia wody, a pochłaniane przez płomienie statki wylatywały w powietrze.

Straty w porcie

Rozmiar zniszczeń zależy od sposobu liczenia. Najczęściej przytaczane zestawienie mówi o 28 statkach zatopionych lub całkowicie zniszczonych – dziesięciu włoskich, siedmiu brytyjskich, pięciu amerykańskich, trzech norweskich, dwóch polskich i jednym francuskim – oraz o dwunastu uszkodzonych; trzy zatopione jednostki później wydobyto razem z częścią ładunku. Inne opracowania, w tym praca amerykańskiego historyka Ricka Atkinsona, liczą 17 statków zatopionych i 8 ciężko uszkodzonych, nie wliczając drobnych jednostek. Przepadło od około 31 do 38 tysięcy ton ładunku: amunicja, paliwo, żywność, sprzęt medyczny i ponad 10 tysięcy ton stalowych płyt do budowy polowych lotnisk. Okręty podwodne stacjonujące w Bari wyszły z nalotu bez szwanku.

Wśród zatopionych statków były dwa polskie: drobnicowiec SS „Lwów” i SS „Puck”. Na „Pucku” zginął jego trzeci oficer i kilku brytyjskich artylerzystów z obsługi działek pokładowych. Dwa brytyjskie niszczyciele eskortowe, HMS „Bicester” i HMS „Zetland”, uszkodzone siłą wybuchów, wyholowały z ognia tankowiec „La Drome” i wzięły na pokład rozbitków, po czym dostały rozkaz przejścia do Tarentu.

Port w Bari był zamknięty przez trzy tygodnie, a do pełnej sprawności wrócił dopiero w lutym 1944 roku. Strat w ludziach nigdy nie policzono dokładnie. Według Atkinsona zginęło lub zaginęło ponad tysiąc alianckich żołnierzy i marynarzy – w przeważającej części marynarzy floty handlowej, artylerzystów z obsługi działek na statkach i ludzi pracujących w porcie. Liczbę zabitych mieszkańców Bari szacuje się, również w przybliżeniu, na około tysiąc. Ginęli pod gruzami domów w starym mieście przy porcie, od odłamków i w panice, w której ludzie tratowali się nawzajem w drodze do schronów. Do tego doszli zatruci.

Tajemnica „Johna Harveya”

Amerykański statek typu Liberty „John Harvey” przypłynął do Bari pod koniec listopada i czekał na wyładunek. Poza zwykłą amunicją miał w ładowniach około 2000 bomb lotniczych M47A1, z których każda zawierała 27–32 kilogramy iperytu siarkowego – gazu musztardowego, znanego z frontów pierwszej wojny światowej. Ładunek był ściśle tajny. W czerwcu 1943 roku prezydent Franklin Delano Roosevelt publicznie ostrzegł, że jeśli państwa Osi użyją broni chemicznej, Stany Zjednoczone odpowiedzą tym samym. Według brytyjskiego historyka marynarki Stephena Roskilla bomby wysłano do Włoch właśnie na wypadek takiego odwetu, gdyby Niemcy – jak donosił wywiad – zdecydowali się na użycie gazów. Ani Stany Zjednoczone, ani Wielka Brytania nie zamierzały pierwsze sięgać po broń zakazaną przez protokół genewski z 1925 roku; nie chciały jednak zostać bez możliwości odpowiedzi.

„John Harvey” eksplodował w czasie nalotu, prawdopodobnie od pożaru i wybuchu sąsiedniego statku z amunicją. Zginęli niemal wszyscy członkowie jego załogi – według włoskich opracowań kapitan i 77 ludzi – w tym oficerowie, którzy wiedzieli, co jest w ładowniach. Część bomb rozerwała się, a ciekły iperyt wylał się do wody, pokrytej już grubą warstwą ropy z innych statków. Ropa okazała się doskonałym rozpuszczalnikiem trucizny. Część iperytu odparowała i zmieszała się z dymem pożarów; wiatr zniósł tę chmurę nad miasto.

Zatruci, którzy nie wiedzieli czym

Rozbitkowie wyciągani z wody byli oblepieni mazią ropy z iperytem. Szpitale wojskowe w Bari, przepełnione rannymi, zajmowały się najpierw ofiarami wybuchów i oparzeń. Ludzi, którzy wyglądali tylko na przemoczonych i umorusanych ropą, owijano w koce i zostawiano w mokrych mundurach na wiele godzin – a właśnie ten długi kontakt z trucizną okazał się zabójczy. Ratownicy wyczuwali zapach przypominający czosnek, ale nikt, kto wiedział o ładunku „Johna Harveya”, nie przeżył, by go wyjaśnić.

W ciągu doby u setek pacjentów pojawiły się objawy, których lekarze nie umieli przypisać żadnym znanym obrażeniom: łzawienie i ślepota, ogromne pęcherze, skóra ciemniejąca jak opalona, trudności z oddychaniem. Na niszczycielu „Bicester” do rana prawie wszyscy oficerowie stracili wzrok tak bardzo, że okręt musiał wezwać pomoc z lądu, by wejść do portu w Tarencie. Do szpitali zgłaszały się też setki mieszkańców Bari, zatrutych oparami, które przeszły nad miastem.

Zastępca szefa służby zdrowia alianckiego dowództwa w Algierze wysłał do Bari podpułkownika lekarza Stewarta F. Alexandra, specjalistę od broni chemicznej, wyszkolonego w amerykańskim arsenale Edgewood. Choć nikt mu nie powiedział o ładunku, Alexander szybko rozpoznał skutki iperytu. Nanosząc na plan portu miejsca, w których przebywali poszkodowani, wskazał jako źródło „Johna Harveya”, a w wodzie znalazł odłamek skorupy amerykańskiej bomby M47A1. Przekonał lekarzy, by leczyli chorych jak ofiary gazu, co ocaliło wielu z nich. Według jego zestawienia objawy zatrucia stwierdzono u 628 żołnierzy i marynarzy (włoskie źródła podają 617 potwierdzonych przypadków), z których 83 zmarło do końca grudnia; późniejsze dochodzenie zastrzegało, że było też wielu innych, po których nie zostały żadne dokumenty. Ile ofiar iperyt pochłonął wśród ludności cywilnej, nie wiadomo – wielu zatrutych mieszkańców opuściło miasto i szukało schronienia u krewnych.

Zatajenie

Dowództwo alianckie postanowiło utrzymać obecność gazu w tajemnicy. Obawiano się, że Niemcy uznają ją za dowód przygotowań do wojny chemicznej i sami uderzą pierwsi. Gen. Dwight Eisenhower, naczelny dowódca aliantów na Morzu Śródziemnym, przyjął raport Alexandra, ale jego treść objęto klauzulą tajności. Premier Winston Churchill – według relacji Alexandra i późniejszych autorów – odmówił przyjęcia do wiadomości, że w Bari był iperyt, a w brytyjskich dokumentach zgony zatrutych opisywano jako skutek „oparzeń wskutek działań nieprzyjaciela”. Przez wiele lat rodziny zmarłych nie wiedziały, od czego naprawdę zginęli ich bliscy.

Tajemnicy nie dało się jednak utrzymać wobec tylu świadków. W lutym 1944 roku amerykańskie Kolegium Szefów Sztabów przyznało w oświadczeniu, że doszło do wypadku, i zapewniło, że Stany Zjednoczone użyją broni chemicznej tylko w odwecie. Amerykańskie akta nalotu odtajniono w 1959 roku, a szersza opinia publiczna poznała sprawę dopiero z książki Glenna B. Infielda Disaster at Bari z 1967 roku. Rząd brytyjski przyznał ocalałym, że byli narażeni na działanie gazu, w 1986 roku i dopiero wtedy skorygował ich renty. Alexander otrzymał oficjalne uznanie amerykańskiej wojskowej służby zdrowia w 1988 roku.

Od iperytu do chemioterapii

Alexander zachował próbki tkanek pobrane przy sekcjach zwłok ofiar i zwrócił uwagę na zjawisko, które wydało mu się szczególnie ważne: u zatrutych gwałtownie spadała liczba białych krwinek, a tkanki szybko dzielących się komórek, jak szpik kostny i węzły chłonne, ulegały zniszczeniu. Jego obserwacje trafiły do amerykańskich badaczy, m.in. Corneliusa Rhoadsa, który po wojnie kierował Instytutem Sloana-Ketteringa w Nowym Jorku. Nie były one jedynym źródłem odkrycia – naukowcy z Uniwersytetu Yale już od 1942 roku w tajemnicy badali działanie pokrewnych iperytów azotowych na nowotwory krwi – ale tragedia w Bari pokazała ten mechanizm na setkach przypadków. W 1949 roku chlorometyna stała się pierwszym lekiem przeciwnowotworowym dopuszczonym do użytku w Stanach Zjednoczonych, a od niej wywodzi się nowoczesna chemioterapia nowotworów.

Bomby z „Johna Harveya” nie zniknęły wraz z końcem wojny. Część z nich spoczęła na dnie basenu portowego; po wojnie prowadzono prace oczyszczające, ale – jak wynika z badań uniwersytetu w Bari z 2001 roku – miejscowi rybacy jeszcze przez dziesięciolecia wyławiali sieciami skorodowane pociski, a zawarty w nich iperyt powodował zatrucia, w tym kilka śmiertelnych.

Miejsce w wojnie

Dla Luftwaffe, od miesięcy spychanej we Włoszech do defensywy, nalot na Bari był rzadkim i spektakularnym sukcesem: około stu bombowców w jedną noc zatopiło kilkanaście statków, prawie bez własnych strat. Nie zmienił jednak biegu walk we Włoszech. Zaopatrzenie skierowano przez inne porty, Bari wróciło do pracy po kilku tygodniach, a 8 Armia kontynuowała w grudniu natarcie nad Adriatykiem. Alianckie dochodzenie oczyściło Coninghama z zarzutu zaniedbania, stwierdzając jednak, że brak wcześniejszych nalotów uśpił czujność obrony.

Bari pozostało jednym z głównych portów alianckich we Włoszech. Od przełomu 1943 i 1944 roku przez porty Apulii przybywały oddziały 2 Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa, który wiosną 1944 roku walczył pod Monte Cassino, a z lotnisk Apulii, zwłaszcza pod Brindisi, startowały samoloty z zaopatrzeniem dla partyzantów na Bałkanach i – w sierpniu 1944 roku – dla powstańczej Warszawy.

Najtrwalszym dziedzictwem 2 grudnia 1943 roku okazała się jednak tajemnica iperytu. Bari przypomniało, że obie strony przez całą wojnę trzymały w gotowości broń chemiczną, a od jej użycia powstrzymywała je przede wszystkim obawa przed odwetem. Historia zatajenia – zgonów opisywanych jako „oparzenia”, rodzin, które przez dziesięciolecia nie znały prawdy – stała się jednym z przykładów tego, jak wojenna tajemnica wojskowa obracała się przeciwko własnym żołnierzom i cywilom.

Źródła

  1. navyhistory.au · disaster at bari
  2. Air raid on Bari · Wikipedia (en)
  3. SS John Harvey · Wikipedia (en)

W tym samym czasie

(04)

Gdzie indziej, w ciągu tygodnia.

Powiązane wydarzenia

(04)

Ta sama bitwa, ci sami ludzie lub temat.